niedziela, 14 września 2014

Rozdział 2: Nie jestem taka łatwa

   


     Cieszę się, jak jakieś małe dziecko, które zaraz dostanie wielkiego lizaka. W końcu po równym tygodniu mogę przytulić się do mamy, oraz porozmawiać na przeróżne babskie tematy.
       Dostrzegam ją, jak z uśmiechem kieruje się w naszą stronę. Podbiegam do niej niczym pięcioletnia dziewczynka i rzucam się na szyję. Czując to, jak moja mama mocno mnie obejmuje, uśmiecham się do siebie.
- Cześć mamo. - Odzywam się pierwsza. - Jak to dobrze, że już jesteś.
- Witaj kochanie. - Słyszę jej ciepły głos, który uwielbiam. - Ja też się cieszę, że już po wszystkim.
Odsuwamy się od siebie. Podchodzi do nas tata, który całuje moją mamę w policzek. 
- Jak tam podróż? Wszystko w porządku? - Zadaje pytanie troskliwym głosem. 
- Tak, bez żadnych przeszkód. Wszystko minęło szybko, dobrze i bezpiecznie. - Odpowiada i uśmiecha się do nas.


niedziela, 7 września 2014

Rozdział 1: Szpileczki i sukieneczki

       Z dedykacją dla Veronici Blanco

          Następnego dnia budzę się dość wcześnie, bo aż o szóstej rano. Nie mam pojęcia co jest powodem tego. Podnoszę się do pozycji siedzącej, a następnie przeciągam. Kiedy spoglądam w stronę okna, uświadamiam sobie, że jest piękna pogoda. Słońce, niebo bez chmur... Chyba pójdę biegać. Tak, to jest najlepszy pomysł.
           Szybko wstaję z łóżka i udaję się w stronę swojej garderoby, gdzie odnajduję swój strój sportowy do biegania. Uśmiecham się delikatnie, po czym biorę adidasy i wracam do sypialni, gdzie się przebieram. Kiedy jestem gotowa, wychodzę z pokoju i udaję się do łazienki. 
             Po wykonaniu porannych czynności, schodzę na dół po marmurowych schodach. Słyszę, jak w kuchni gotuje już coś Grace, nasza gospodyni, która pochodzi z Londynu. Uwielbiam ją, jest wspaniała. Postanawiam przywitać się z nią, jak wrócę. 
            Kiedy opuszczam apartament, wchodzę do windy, którą zjeżdżam na dół. Przez ten cały czas myślę o Leónie. Spodobał mi się strasznie, nie mogę zaprzeczyć. Nie dość tego, że inteligentny, mądry, przystojny, to jeszcze uwielbia sztukę, tak samo, jak ja. Mój ideał.
           Wychodzę z windy. Za pomocą gumki do włosów związuje je w wysoki kucyk. Kieruję się w stronę wyjścia, mijając po drodze recepcję. Witam się z młodą blondynką, która odpowiada mi z uśmiechem.          
            Kiedy dochodzę do drzwi wyjściowych, otwiera mi je portier. 
- Dzień dobry, pani Castillo. - Słyszę. 
- Dzień dobry. - Odpowiadam i wychodzę na zewnątrz. Od razu czuję się lepiej.
          Mieszkam na Upper East Side, więc droga do Central Parku nie zajmuje mi dużo czasu. Biegnę, mijając po drodze Starbucks oraz moją ulubioną cukiernię. Obserwuję, jak Nowy Jork budzi się i wita kolejny słoneczny dzień. 
          Biegnąc przez park uświadamiam sobie, że bardzo chciałabym się spotkać ponownie z Leónem.  Niestety nie jest to możliwe. Nie mam nawet do niego numeru. Rozmawialiśmy wczoraj o sztuce, a potem tak jakoś wyszło, że się niestety rozstaliśmy. 
          Nagle potykam się o kogoś. Jestem przygotowana na nieprzyjemne spotkanie z chodnikiem, jednak o dziwo ląduje na czyimś torsie. Jest bardzo umięśniony. Czuję mięśnie przez błękitny podkoszulek.
- Przepraszam, bardzo przepraszam. - Mówię zakłopotana. To przeze mnie w końcu biedny mężczyzna leży na chodniku. 
         Szybko podnoszę się i dostrzegam to piękne cudo! Brawo, wywaliłam się na takiego przystojniaka. 
         Kiedy León podnosi się do góry, a następnie otrzepuje, spogląda na mnie. 
- Nic się nie stało. - Odpowiada z delikatnym uśmiechem. - Niezłe spotkanie, co? W parku - spogląda na swój sportowy zegarek - przed siódmą rano. Co ty tu robisz? 
- Obudziłam się dość wcześnie, więc postanowiłam pójść pobiegać. - Odpowiadam zgodnie z prawdą. - A ty? Myślałam, że León Verdas nie biega. - No to nieźle palnęłam. Idiotko, popatrz na niego, jak on jest wysportowany! Musi biegać! 
- Lubię biegać. Nie zawsze mam czas, więc staram się wykorzystać każdą wolną chwilę. 
- Och. - Z moich ust wydobywa się cichy jęk.
- A ty? - Pyta i przeczesuje swoje włosy prawą ręką. Spoglądam na niego pytającym wzrokiem. - A ty lubisz biegać?
- Lubię. Trzeba dbać w końcu jakoś o figurę. - Odpowiadam.
- Serio? - Uśmiecha się do mnie uwodzicielsko i robi krok w moją stronę. - Myślałem, że ty tylko wiesz.. Szpileczki i sukieneczki.
- No to coś Ci się pomyliło. - Oznajmiam i krzyżuję ręce na piersiach.
- Serio? Coś Ci wypadło. - Mruczy i zakłada kosmyk włosów za moje ucho, a ja odpowiadam mu rumieńcem. - Może pobiegamy razem? 
         Czy ja dobrze słyszę? Proponuje mi, abym się do niego przyłączyła i razem biegała! Czy ja śnię? Albo może to skutki tego, że wypiłam wczoraj za dużo szampana? Eee yyy... Sama już do końca nie wiem. Jedno jest pewne. León Verdas, biznesmen oraz właściciel kilkudziesięciu hoteli oraz restauracji, który stoi teraz przede mną, proponuje mi, abym z nim pobiegała! 
- Eee.. Jasne. - To tylko tyle, co jestem w stanie wydusić z siebie. 
- No to świetnie. - Oznajmia i obdarza mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem, a ja mam wrażenie, że zaraz upadnę na chodnik. - Sypiasz z kimś? - Zadaje mi nagle pytanie. Spoglądam na niego zdezorientowanych wzrokiem. Dlaczego się mnie o to pyta? 
- A czemu się pytasz? 
- Tak z ciekawości. - Odpowiada i prawą ręką przeczesuje włosy. - Proponuję pobiec tam. - Wskazuje ścieżkę znajdującą się po prawej stronie. Przytakuję lekko i zaczynamy biec w odpowiednim kierunku. 


sobota, 30 sierpnia 2014

Prolog: Niezła partia


Z dedykacją dla Blair 

       Poprawiam swoją długą granatową suknię, którą specjalnie założyłam na ten dzisiejszy wieczór. Przyznam szczerze, nie mogłam się doczekać. Coroczna gala charytatywna zapowiada się wspaniale. Mnóstwo gości, sław, osobistości... Krótko mówiąc to, co uwielbiam.
- Na prawdę, nieźle się odstawiłaś dzisiaj. - Słyszę głos mojej najlepszej przyjaciółki Ludmiły.
       Uśmiecham się do niej i spoglądam na jej fantastyczną bordową suknię. Muszę przyznać, wygląda w niej nieziemsko.
- Ty też, Lu. - Odpowiadam z uśmiechem.
       Kiedy wchodzimy do środka, rozglądamy się uważnie po ogromnej sali balowej, w której ma się odbyć dzisiejsza gala charytatywna. Jak zwykle ten sam wspaniały wystrój wnętrz zabiera mi dech w piersiach.
- Dobry wieczór. - Słyszymy nagle głos kelnera, który do nas podchodzi. W prawej ręce trzyma srebrną tacę, na której stoją kieliszki wypełnione szampanem.
- Viola, pijesz? - Zadaje mi pytanie blondynka. Od razu bez chwili zastanowienia przytakuję, na co blondynka uśmiecha się i bierze dwa kieliszki z tacy.
- Na pierwszym piętrze znajduje się ciekawa wystawa obrazów. Zachęcam do obejrzenia. - Dodaje mężczyzna, po czym z lekkim uśmiechem odchodzi od nas.
      Blondynka podaje mi jeden z kieliszków napełnionych szampanem, a następnie spogląda na mnie z uwagą.
- W takim razie za co pijemy? - Zadaję pytanie ciekawa.
- Za nas?
- No dobrze, za nas i za naszą przyjaźń. - Odpowiadam. Obie unosimy kieliszki, którymi się stukamy, a następnie kosztujemy szampana.
- Ten sam, co rok temu. - Komentuje blondynka. - A tak w ogóle to co u twoich rodziców? Wszystko okej? Wiesz... Moi chcieliby zjeść wspólnie kolacje.
- U moich rodziców? Wszystko dobrze. Mama w Paryżu, a tata jak zwykle zajęty pracą. Ostatnio całe dni przesiaduje w biurze i robi interesy.
- Takie to już jest życie biznesmena. - Komentuje blondynka, po czym upijamy kolejny łyk szampana.


      Kiedy zajmujemy miejsce za stołem, ponownie zaczynam rozglądać się po sali. Moją uwagę, jak zawsze, przyciąga duży, kryształowy żyrandol. Egh, jest tak piękny, że gdybym mogła, to bym go ukradła.
      Nerwowo poprawiam swoje loki, które ułożyłam specjalnie na dzisiejszą galę. Bardzo bym chciała, aby rozpoczęła się licytacja. Chcę w końcu kupić jakiś obraz. Jestem w stanie dać dużą kwotę pieniędzy. I tak cała pula zostanie przekazana na cele charytatywne. Uwielbiam pomagać innym.
      Moje rozmyślania przerywa nagle blondynka, która zachwyca się menu.
- Jak zwykle wspaniałe jedzenie. - Mówi podekscytowana.
- Najlepsi kucharze, nie dziw się. - Odpowiadam krótko i kończę swojego steka.
- Panie i panowie, nadszedł teraz czas na licytacje. - Słyszymy nagle.
      Spoglądam na blondynkę, która uśmiecha się delikatnie. Odpowiadam jej tym samym. Wstaję z krzesła i kieruję się w stronę sceny, gdzie zebrało się dość sporo ludzi.
      Jako pierwsza pod licytację idzie przepiękna błękitna sukienka od Chanel. Z chęcią bym włączyła się, jednak obiecałam sobie obraz i tak pozostanie.
      Kiedy rozlegają się na sali oklaski, spoglądam na młodą kobietę, która cieszy się, jak szalona. Zapewne ona wygrała sukienkę.
- Czas teraz na obraz Gustava Klimta ,,Portret Adele Bloch - Bauer". - Słyszę nagle. Uśmiecham się delikatnie. To musi być moje.
      Na scenie pojawia się wcześniej wymieniony obraz. Przyglądam mu się uważnie. Jest przepiękny. W moim apartamencie znajdzie się idealne miejsce, w którym powieszę ten obraz.
- Sto milionów dolarów. - Krzyczę nagle.
- Sto dziesięć milionów dolarów. - Słyszę głos jakiegoś młodego mężczyzny.
- Sto dwadzieścia milionów dolarów. - Podwyższam cenę.
- Sto trzydzieści milionów dolarów. - Młody mężczyzna nie ustępuje.
     Staje tuż obok mnie, więc spoglądam na niego kątem oka. O cholera, ale przystojniak.
     Ubrany w czarny garnitur wygląda niesamowicie. Włosy ułożone do góry na żelu, przepiękne szmaragdowe oczy... Staję jak wryta. Nigdy nie widziałam tak cholernie przystojnego i seksownego faceta. Czuję po chwili woń tych wspaniałych męskich perfum od Chanel. Rozpoznaję doskonale ten zapach. 
      Mój oddech staje się tak samo równy, jak uderzenia serca. Gorąco mi. Moje nogi są miękkie, jak z waty. Dodatkowo jeszcze te motyle trzepoczące w moim brzuchu...
     Spoglądam jeszcze raz na tę piękną twarz i zdaję sobie sprawę, że jeżeli zaraz nie przestanę, to rzucę się na niego i zacznę całować każdy milimetr tego cuda.
      Postanawiam przestać, więc odwracam wzrok w drugą stronę i przypominam sobie, że jestem na licytacji i jeżeli marzy mi się ten obraz, to muszę podać wyższą cenę.
- Sto czterdzieści milionów dolarów. - Krzyczę po chwili.
     Spoglądam na przystojniaka, który zastanawia się.
- Po raz pierwszy... Po raz drugi... - Zaraz będzie mój!
- Sto pięćdziesiąt pięć milionów! - Krzyczy, a ja ponownie zaczynam wpatrywać się w niego. To coś, ten cud stoi tuż obok mnie. Zapominam o wszystkich. Tylko on i ja.
- Po raz pierwszy... Po raz drugi... Po raz trzeci.. Sprzedane! - O cholera, nie!
      Odwracam wzrok, po chwili jednak ponownie kieruję go na przystojnego nieznajomego. Kiedy obdarza mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem, czuję, jak kolana mi miękną, a serce zaczyna bić jeszcze szybciej.
       Postanawiam zachować się poważnie. Krzyżuje ręce na piersiach. Spoglądam na niego poważnym wzrokiem.
- Ukradł mi pan obraz. - Burczę niezadowolona.
- Nie, ja go nie ukradłem. - Odpowiada z uśmiechem. Lewą ręką przeczesuje swoje włosy, co sprawia, że moje serce jeszcze szybciej bije. - Ja go wylicytowałem.
- W takim razie gratuluję. - Odpowiadam i odwracam się, a następnie znikam w tłumie.


- Lu, idę na górę. Chce obejrzeć tą wystawę. - Mówię do swojej przyjaciółki, jednak ona chyba mnie nie słucha.
      Odkąd poznała na gali przystojnego bruneta, nie zwraca na mnie uwagi. A ja nie mam zamiaru siedzieć w miejscu, kiedy mogę podziwiać dzieła malarskie.
     Wstaję z krzesła i kieruję się w stronę marmurowych schodów. Po drodze mijam kelnera, od którego biorę kieliszek z szampanem.
     Kiedy znajduję się na pierwszym piętrze, wchodzę do dużej sali, w której znajduje się wystawa. Podchodzę do obrazu i przyglądam mu się uważnie. Pablo Picasso ,,Le Reve" odczytuję.
     Po dłuższej chwili przyglądania się, upijam łyk szampana, a następnie podchodzę do następnego dzieła sztuki. Przyglądam mu się uważnie.
- Piękny, prawda? - Słyszę znajomy męski głos. Odwracam głowę w prawą stronę i dostrzegam obok pana przystojniaka. Czuję, jak moje serce zaczyna szybciej bić.
      Nie jestem w stanie wydusić cokolwiek z siebie, czuję, jak w moim gardle pojawiła się ogromna gula. Delikatnie przytakuję i zaczynam pić szampana, aby nie powiedzieć czegoś głupiego przed nim.
- Strasznie jest pani małomówna. - Oznajmia i cicho się śmieje.
      Spoglądam na obraz. W dość szybkim tempie w moim kieliszku nie zostaje nic. Nic! I co ja mam teraz zrobić? Rozmawiać z nim? O czym?
      Dobra, dam radę. W końcu liczy się dobre pierwsze wrażenie, prawda?
- Tak już mam. - Odpowiadam po chwili.
      Spoglądam na niego i widzę, że przygląda mi się uważnie. Nie mogę tego powstrzymać i delikatnie się rumienię.
- Widzę, że jest pan fanem mojej sukni. - Mówię po chwili. Szatyn od razu spogląda na mnie. Upija łyk szampana.
- Jestem. Bardzo ładna kreacja. - Komentuje.
- Dziękuję. - Mówię z uśmiechem i podchodzę do następnego obrazu. Przyglądam mu się z uwagą.
- A może właścicielka przepięknej granatowej sukni zdradzi mi chociaż swoje imię? - Słyszę po chwili.
      Spoglądam na niego z delikatnym uśmiechem.
- Violetta Castillo. - Mówię.
- O, a więc to ty przejmiesz po swojej mamie światową markę odzieżową Castillo Design? - Przytakuję. - Twój tata jest biznesmenem, czasami robimy interesy. - Oznajmia i upija kolejny łyk szampana.
- A ty? - Zadaję pytanie zaciekawiona. - Jak się nazywasz? - Szatyn uśmiecha się uwodzicielsko.
- León Verdas. - Przedstawia się wreszcie. 
      O cholera, wiem kim on jest. Biznesmen, właściciel kilkudziesięciu luksusowych hoteli oraz restauracji na Manhattanie. ,,Niezła partia, Castillo." - Mówi mi moja podświadomość. Muszę się z nią zgodzić.

***

Tak się prezentuje prolog do najnowszego opowiadania o naszej Leonettcie. 
Akcja nie będzie się dziać w Buenos Aires, tylko tym razem w przepięknym Nowym Jorku na Manhattanie. 
Zakładki ,,Bohaterowie'', oraz ,,Zapytaj bohatera'' , zostaną zaktualizowana w najbliższym czasie, więc don't worry ;)

Czekam na wasze opinie,

Odpowiednia ilość komentarzy = Rozdział pierwszy :P

xAdusiax 

Nanananana




Nadszedł ten dzień, który kiedyś musiał nastąpić.  Równy rok starań.
Ponad 474 017 wyświetleń.
270 wspaniałych obserwatorów.

Dziękuję wam bardzo za to wszystko! Nigdy nie sądziłam, że zdobędę tak dużą liczbę czytelnikow. Jak zakładałam tego bloga, liczyłam na mniejszy sukces.


Wiem, że dużo osób czekało na ten dzień. W końcu dzisiaj poznacie moją odpowiedź na pytanie: Dlaczego nie pojawi się rozdział 13?
Już tłumaczę.
Skończyłam z tamtą historią FOREVER. Nie będzie kontynuacji (musicie mi wybaczyć, ale na po prostu nie mogę). Oczekujcie więc w najbliższym czasie na epilog.

A więc co teraz?
Teraz (a nawet zaraz) otrzymacie prolog do nowej, zupełnie innej historii o naszej Leonettcie. Mam nadzieję, że się wam spodoba i będziecie z niej zadowoleni.

Zbliża się niestety rok szkolny, co oznacza, że rozdziały będą pojawiać się rzadziej. Owszem, mam ich ,,na zapas'' , ale was też aż tak bardzo nie mogę rozpieszczać ;P

Chciałabym jeszcze na sam koniec podziękować pewnej osobie. Nathalia Verdas (znana wcześniej jako Nath, a teraz Blair). Kochanie, dziękuję Ci za wszystko, jesteś wspaniałą osobą. 


Dzisiaj zmieni się również wygląd bloga, także możecie się szykować na dość duże zmiany :D



Dziękuję jeszcze raz za ten równy rok. Jesteście wspaniali. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Informacja

Nowy rozdział nie pojawi się w najbliższym czasie.
Dlaczego? 
Odpowiedź na to pytanie poznacie 30.08. Część z was pewnie ucieszy się, a druga część może być smutna...


Proszę was NIE nominujcie mnie do LBA czy innych tam rzeczy. 

xAdusiax

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 12: Fioletowa żmija i 148

- Eeee yyy... - Wydusiła z siebie po chwili. Nie mogła tego ukrywać, była zaskoczona jej obecnością tutaj. - Pproszę usiąść. - Wskazała na fotel. Kobieta uśmiechnęła się i zajęła wyznaczone miejsce. - Może coś do picia?
- Nie, dziękuję. - Odpowiedziała. 
          Violetta usiadła za biurkiem na przeciwko niej. Wyjęła z szuflady notatnik, oraz pióro. Następnie spojrzała na kobietę. 
- W takim razie, jak mogłabym Pani pomóc? - Spytała po chwili ciszy. 
           Andrea cicho westchnęła. Schowała do torebki swoje okulary przeciwsłoneczne, a następnie poprawiła sweter, który miała na sobie. Swój wzrok przeniosła na Violettę. 
- Zanim może zacznę opowiadać, chciałabym Pani serdecznie pogratulować. - Violetta spojrzała na nią zdezorientowanym wzrokiem. O co jej chodzi? - Z tego co czytałam w internecie, jest Pani jednym najlepszych adwokatów w Buenos Aires. - Że co? Słucham? - Wygrała Pani pozew zbiorowy, oraz kilkadziesiąt innych spraw. Dlatego właśnie przyszłam tutaj, bo chciałabym, aby Pani mi pomogła. 
- W takim razie słucham. - Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, który po chwili zniknął. 
- Sprawa, z którą przychodzę tutaj do Pani jest dość... - Zawiesiła głos. - Delikatna. Potrzebuję prawnika, któremu będę mogła zaufać. To co Pani powiem, nie może wypłynąć do prasy. 
- Obiecuję, że nic takiego nie będzie miało miejsca. - Odpowiedziała szatynka.
- Chodzi o morderstwo. - Wyznała nagle aktorka. Czyżby ona kogoś zabiła? - Sprawa dotyczy dość bliskiej mi osoby. Miała męża, który się nad nią znęcał. Pewnego dnia nie wytrzymała i... Można się domyślić, czym to się skończyło. Chce jej pomóc. Jednocześnie zależy mi na zachowaniu anonimowości, muszę być jak najdalej od tej sprawy. 
- Rozumiem. - Odpowiedziała krótko Violetta. Założyła nogę na nogę i poprawiła spódnice. 
- Pomoże mi Pani? - Spytała z nadzieją Andrea. 
- Dobrze, ja tylko nie mam wystarczającego doświadczenia w tego typu sprawach. 
- Proszę nie zmyślać. Czytałam o Pani opinie. - Oświadczyła poważniejszym głosem. - Wiem, że udało się Pani pomóc mojej znajomej, Natalii. 
- No tak, ale to była sprawa rodzinna, nie karna. - Zaznaczyła szatynka. - To zupełnie co innego. 
- Sprawa Pana Maximiliana była już przegrana, a Pani jednak zaangażowała się w nią i wygrała. - Powiedziała kobieta chłodniejszym tonem. Jej wyraz twarzy stał się poważniejszy. - Ja potrzebuje właśnie takiego adwokata, który zaangażuje się w sprawę i Pani będzie do tego idealna. - Violetta głośno przełknęła ślinę. - Oskarżona to siostra mojej matki. - Dodała po chwili.
             Wyciągnęła rękę w stronę torebki i wyjęła z niej granatową wizytówkę, którą położyła na biurku. Violetta wzięła ją do ręki i przyjrzała się jej uważniej. 
- To numer mojej menadżerki. - Wyjaśniła. - Proszę dać mi znać, jak cokolwiek Pani ustali. - Oznajmiła, a następnie wstała i wyszła z gabinetu. 
             No nieźle. Pomyślała sobie szatynka. Schowała wizytówkę do notatnika, który następnie zamknęła. Odstawiła na bok pióro i ponownie chwyciła do ręki szklankę z wodą. Upiła łyk i zaczęła rozmyślać nad tą sprawą. 
            Nie zorientowała się nagle, jak do jej gabinetu wszedł León, który usiadł na przeciwko niej w fotelu. Zaczął się jej przyglądać z ciekawością, oraz miłością, którą darzył Violettę. Cieszył się z tego, że są razem, nie wyobrażał sobie innej opcji. 
            Kiedy szatynka poczuła na sobie wzrok mężczyzny, odstawiła szklankę na bok i spojrzała na niego. Delikatnie się uśmiechnęła. 
- Jak było? - Spytał pierwszy. 
- Mam sprawę karną. - Odpowiedziała wzdychając. - I tak sobie pomyślałam, że masz większe doświadczenie ode mnie i mógłbyś się tym zająć. 
- Wiesz, jak mnie kupić, nie? - Uśmiechnął się łobuzersko do niej, na co kobieta wywróciła oczami. 
- 148. - Oznajmiła po chwili poważniejszym tonem. Wyraz twarzy szatyna stał się poważniejszy. 
- 148? - Spytał dla pewności i wskazał na swoją ukochaną. - Będziesz miała 148? - Przytaknęła lekko. - No nieźle, rozkręcasz się. Kto został zamordowany? 
- Facet koło sześćdziesiątki. - Powiedziała, po czym wstała z krzesła i podeszła do okna. - Znęcał się nad rodziną. 
- W takim razie będę zgadywać... - Zawiesił na chwilę głos. - Oskarżony to syn. 
- Nie, pudło. - Odwróciła się w jego stronę. Skrzyżowała ręce na piersiach. - Żona. 
- W takim razie nie rozumiem gdzie tkwi problem? - Spytał, rozkładając ręce. 
- No... Ten... - Zaczęła się jąkać. - Nnie mam doświadczenia. - Wyznała po chwili. 
              Szatyn lekko się uśmiechnął. Wstał i podszedł do niej.
- A jak ty chcesz zdobyć doświadczenie, jak nie przez praktykę? - Chwycił ją za ręce. - Sprawy karne to esencja naszego zawodu. 
- Mam zdobyć doświadczenie kosztem mojej klientki? - Zadała pytanie dla pewności. 
- Kochanie. - Jego ton stał się cieplejszy. - Znam wielu prawników, którzy zdobywali doświadczenie właśnie na 148. Miedzy innymi właśnie ja. Jak myślisz, moja pierwsza dotyczyła czego? 148. Dałem radę? Dałem. Tak samo i ty. - Chwycił ją za podbródek. - Masz mnie. Pomogę Ci, ale na sali sądowej będziesz musiała sobie poradzić sama. - Mruknął i pocałował ją delikatnie. - Uwierz mi, niektórzy prawnicy marzą o tym, aby właśnie mieć 148, a Tobie akurat się udało. - Oznajmił po oderwaniu. Wyciągnął prawą rękę i pogłaskał szatynkę po policzku. - Spróbuj.
- No dobrze. - Odpowiedziała po chwili i westchnęła. - Na początku muszę się z nią zobaczyć.
- Do tego będzie Ci potrzebna zgoda i podpis od prokuratora. - Odpowiedział. 



***



- Niestety, w chwili obecnej jest dostępna tylko Pani Gonzalez. - Usłyszała głos mężczyzny po chwili.
- No dobrze. - Cicho westchnęła. - W takim razie pójdę do niej. Który gabinet?
- Pierwsze piętro, ostatnie drzwi po prawej. - Odpowiedział. Violetta lekko się uśmiechnęła i przytaknęła, a następnie udała się w stronę schodów.
                 Wyszła na pierwsze piętro. Zaczęła się kierować do odpowiedniego gabinetu. Kiedy do nich doszła, poprawiła swoją spódnicę i zapukała.
- Proszę. - Usłyszała znajomy głos.
                 Violetta weszła do środka i spojrzała na kobietę siedzącą za biurkiem. Pięknie. 
- Dzień dobry, przyszłam po zgodę na widzenie się z moją klientką. - Powiedziała. Podeszła do jej biurka i podała dokument szatynce. 
- O, Pani mecenas. - Uśmiechnęła się sztucznie Lara. - Znów się widzimy. - Wzięła od Violetty kartkę i spojrzała na nią. - No, muszę powiedzieć... Obrona Pani Mariany M. będzie dość ciężka. Faktycznie jej sprawa jest już przegrana. Kobieta przyznała się do winy, nie chce składać zeznań... Dostanie najwyższy wymiar kary. 
- Wspaniale. - Skomentowała Violetta i skrzyżowała ręce na piersiach. 
- Dlatego nie wiem po co Pani mecenas ta zgoda. Oskarżona otrzyma najsurowszą karę. 
- Rozumiem, że Pani będzie akurat oskarżycielem, tak? 
- Nie wiadomo. Można powiedzieć, że bijemy się tutaj o tą sprawę. Pan David był wzorowym policjantem. - Zawiesiła głos. - Bez zeznań na korzyść oskarżonej oraz wystarczających dowodów, nie uda się Pani skrócić wyroku. 
- Dostanę w końcu Pani autograf? - Spytała nagle Violetta. Miała dość tej rozmowy. 
                  Lara uśmiechnęła się sztucznie, a następnie wzięła do ręki pióro i podpisała dokument. Violetta wzięła od niej zgodę i schowała do torebki, następnie odwróciła się w stronę drzwi. 
- I tak Pani mecenas nie wygra. - Usłyszała za plecami głos szatynki, 
- Jeszcze zobaczymy. - Odpowiedziała, po czym wyszła z gabinetu bez pożegnania. 



***



- Proszę wyjąć wszystkie metalowe oraz ostre rzeczy. - Usłyszała głos policjanta, który wręczył jej pudełko, do którego schowała swój telefon, klucze od mieszkania oraz samochodu. W ręce trzymała tylko swój notatnik oraz pióro. - Bardzo dobrze. - Oznajmił i ponownie obejrzał ją z góry na dół. 
- Nie musisz się aż tak zgrywać. - Powiedziała ciszej do swojego kolegi, który uśmiechnął się delikatnie, po czym ponownie przybrał poważniejszy wyraz twarzy. 
- Pani mecenas do kogo? - Spytał ponownie. 
- Mariana Montiel. - Powtórzyła po raz kolejny, wcześniej wzdychając. 
- Dobrze, w takim razie proszę za mną. 
                  Zaczęli przemierzać oboje korytarze. Po drodze mijali mnóstwo cel, w których siedziały oskarżone kobiety za popełnione wcześniej czyny. 
- Ta kobieta jest chora. - Powiedział ciszej do niej brunet. - Na prawdę. Szczerze mówiąc podziwiam Cię, że zgodziłaś się ją reprezentować. Będzie bardzo ciężko, uwierz mi. 
- Javier. - Oznajmiła i westchnęła. - Dam sobie radę. 
- Życzę powodzenia. - Powiedział ciszej. 
                 Po chwili stanęli pod odpowiednimi drzwiami. Brunet wyjął klucze z kieszeni i otworzył zamki, a następnie wpuścił Violettę do środka. 
- Jak pani mecenas skończy, proszę wtedy uderzyć dwa razy w drzwi. - Powiedział, na co ona przytaknęła. Kiedy weszła do celi, mężczyzna zamknął drzwi.
                Zaczęła się rozglądać. Dostrzegła blond kobietę ubraną w pomarańczowy kombinezon. Siedziała na jednym z krzeseł. 
- Dzień dobry, nazywam się Violetta Verdas, będę Panią reprezentować w sądzie. - Powiedziała szatynka. Nie otrzymała odpowiedzi od blondynki. Kobieta nadal siedziała w takiej samej pozycji.
              Violetta postanowiła usiąść obok niej przy stoliku. Położyła notatnik i przyjrzała się swojej klientce uważnie. 
              Po jej wyglądzie mogła wywnioskować, że dość dużo przeszła. Myślała, że jej klientka okaże się być w wieku Andrei, lecz pomyliła się. Mariana wyglądała na sześćdziesięcioletnią kobietę, która była zamknięta w sobie i nie odzywała się.  
- Pani Mariano, jestem tutaj, aby Pani pomóc. - Próbowała ją jakoś zachęcić Violetta, jednak nic. W dalszym ciągu panowała cisza, a blondynka spoglądała ma swoje pomarszczone dłonie, które spoczywały na stoliku. - Zadam teraz Pani parę pytań. - Powiedziała i nie odrywała od niej wzroku. Blondynka dalej nie ruszyła się nawet, ani nie wypowiedziała słowa. - Dlaczego postanowiła Pani zabić swojego męża? - Zadała pierwsze pytanie. Liczyła na odpowiedź, niestety nie doczekała się jej ponownie. 
               Po kwadransie nie wytrzymała. Wstała z krzesła i podeszła do drzwi, które uderzyła dwa razy. Po chwili otworzył je Javier, który wypuścił szatynkę. 
- I jak? - Spytał zaciekawiony. 
- Masakra, ani jednego słowa nie powiedziała do mnie. - Wyznała zgodnie z prawdą. - Jak ja mam reprezentować kobietę, która nie chce nawet ze mną współpracować i odpowiedzieć na parę pytań? Jeszcze nigdy nie spotkałam się z podobną sytuacją. Zazwyczaj klienci starają się jakoś pomóc adwokatom, a tu teraz... Nic. Pustka, zero, cisza. - Mówiła podczas gestykulowania rękami. 
- Mówiłem, że nie będzie łatwo. Odkąd tu trafiła, ani razu się nie odezwała. 
- Weź mnie jeszcze bardziej nie dołuj. - Poprosiła go. 
               Po chwili znaleźli się w pomieszczeniu, gdzie Violetta oddała swoje metalowe rzeczy. Brunet podał jej pudełko, po czym szatynka schowała wszystko do swojej torebki wraz z notatnikiem i piórem. Następnie spojrzała na bruneta i pożegnała się z nim. 



***



               Kiedy Violetta wróciła wieczorem do domu, od razu zdjęła szybko szpilki, które rzuciła w kąt. Wyjęła z torebki swój notatnik.
- Już wróciłaś. - Usłyszała głos Leóna. Spojrzała na niego i przytaknęła lekko.
- To 148 mnie już wkurza. - Oznajmiła i przystąpiła z nogi na nogę. Lekko się skrzywiła z bólu.
- Wszystko okej? - Spytał zaniepokojony i podszedł do niej.
- Cały dzień chodzenia w szpilkach.. - Z jej ust wydobył się cichy jęk podczas masowania obolałej stopy. - Ma jednak swoje wady. - Dokończyła.
- Może zrobić Ci herbatę? - Zaproponował. Szatynka przytaknęła. - Dobrze, w takim razie zaraz ją przyniosę. - Oznajmił. Przybliżył się i pocałował ją delikatnie, a następnie udał się do kuchni.
                Violetta weszła do salonu, gdzie usiadła na sofie. Głośno westchnęła. Otworzyła swój notatnik w odpowiednim miejscu, gdzie robiła dzisiaj notatki dotyczące najnowszej sprawy. 
- Zmęczona. - Usłyszała głos Leóna, który właśnie wszedł do pomieszczenia. Postawił kubek gorącej herbaty na szklanym stoliku i usiadł obok Violetty. Objął ją ramieniem, na co kobieta wtuliła się w jego tors. 
- Trochę. - Odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką sytuacją. Moja klientka nie chce ze mną rozmawiać, grozi jej surowy wymiar kary, dodatkowo nie mam żadnych świadków... Normalnie wspaniale. - Cicho westchnęła. 
- Pamiętaj, na mnie zawsze możesz liczyć. W kwestiach zawodowych, prywatnych... Jesteśmy razem. - Przypomniał jej, na co szatynka uśmiechnęła się delikatnie. 
- O tym zawsze będę pamiętać. - Uśmiechnęła się uroczo. Po chwili jednak spoważniała. - Ale teraz tak na poważnie, co ty byś zrobił na moim miejscu? Liczę na jakąś dobrą radę od mecenasa Verdasa, w końcu siedzisz w tym dłużej, niż ja. 
- Tylko o dwa lata. - Przypomniał jej. - Jutro jedziesz do tego mieszkania, w którym twoja klientka zamordowała swojego męża, może tam coś znajdziesz? 
               Szatynka nagle oderwała się od niego. Spojrzała na swój notatnik, a następnie na szatyna. 
- Pojedź ze mną. - Poprosiła. - Pomożesz mi. 
- Chociaż bardzo bym chciał... - Zawiesił głos. - Jestem zmuszony do tego, aby odmówić. Mam spotkanie ze swoim przyjacielem. Dawno się nie widzieliśmy. 
- Ten biznesmen Nicolas? - Spytała dla pewności, na co szatyn przytaknął. 
- Na początku idziemy we dwójkę się spotkać i powspominać dawne lata. Za to wieczorem do niego na kolacje. Chce mi się pochwalić swoją żoną, więc mam nadzieje, że ja też będę mógł. - Chwycił ją za dłoń, następnie przybliżył do swoich ust i pocałował. Szatynka zarumieniła się. - Pójdziesz ze mną? 
- To zależy od tego, o której wrócę. - Cicho westchnęła. - Nie wiem, ile tam będę siedzieć w Tigre. Na szczęście nie jest to aż tak daleko, więc mam nadzieję, że tak. - Uśmiechnęła się. - Jakby co, to do Ciebie zadzwonię i Ci powiem o wszystkim. 
- No dobrze. - Pocałował ją w policzek. - Zrobiłem Ci herbatę, o którą mnie poprosiłaś wcześniej. 
- Wiem, dziękuję. - Wzięła do ręki granatowy kubek i upiła łyk. 
                Przez następne minuty siedzieli w ciszy. Nie potrzebowali słów, rozumieli się doskonale bez nich. Tylko on i ona. Razem. 
- Co powiesz na wspólną kąpiel? - Przerwał panującą ciszę szatyn. 
                Kobieta podniosła głowę i spojrzała na niego. Odstawiła pusty granatowy kubek na stół i przytaknęła głową. 
- W takim razie nabiorę wodę do wanny. - Mruknął. Pocałował ją w policzek, po czym wstał z sofy i udał się do łazienki. 
               Kiedy została sama w salonie, zaczęła myśleć o dzisiejszym dniu i spotkaniu ze sławną aktorką. Ta sytuacja była dość dla niej... Dziwna. Przez cały czas zadawała sobie pytanie, czy znajdzie jakąś osobę, która stanie w obronie jej klientki.
- Gotowa? - Usłyszała głos Verdasa. Zamknęła szybko notatnik, po czym wstała i podeszła do niego. 
             Kiedy weszli do łazienki, Violetta uśmiechnęła się na widok szampana oraz dwóch kieliszków. Uwielbiała wspólne kąpiele z szatynem oraz wieczorne picie schłodzonego szampana. To zawsze ją relaksowało. 
- Jak zwykle pomyślałeś o wszystkim. - Przerwała panującą ciszę. Verdas uśmiechnął się uwodzicielsko do niej. 
- Oboje musimy się zrelaksować po tym dość ciężkim dniu. - Musnął jej policzek. - Dlatego kąpiel z Tobą i schłodzonym szampanem jest odpowiednim sposobem na relaks. 
- Zgadzam się. 
              Podeszła do wanny i zanurzyła dłoń w wodzie. 
- Taka jaka powinna być, czyli gorąca. - Usłyszała za swoimi plecami głos Leóna. Odwróciła się do niego i położyła swoje ręce na jego ramionach. Zsunęła granatowy sweter, który idealnie pasował do białej koszuli w czarną kratę. 
- A więc tak zaczynamy, Pani Verdas? - Zadał pytanie i zabawnie poruszał brwiami. 
- Oj, tak. - Mówiła z uśmiechem. 
               Kiedy oboje byli bez ubrań, weszli do wanny. Szatynka wtuliła się w tors Leóna, który objął ją swoim ramieniem. 
- Wiesz, że Cię kocham i to bardzo? - Spytał po chwili. Violetta podniosła głowę i spojrzała na niego. 
- Wiem. Ja Ciebie też. - Odpowiedziała. Przybliżyła się do niego i pocałowała go namiętnie. Szatyn odpowiedział jej tym samym. 
               Oderwali się od siebie po dłuższej chwili. Violetta ponownie wtuliła się w jego tors i pocałowała go. 
- Oj, kochanie. - Mruknął. Wyciągnął prawą rękę w stronę jej włosów i zaczął je gładzić. - Jesteś taka wspaniała, taka niesamowita, taka kochana... 
- Kocham Cię, Leónie Verdas.  
- Ja Ciebie też kocham, Violetto. - Odpowiedział i pocałował ją w policzek.



***



            Droga do prowincji Buenos Aires leżącego nad rzeką Luján, nie zajęła zbyt dużo czasu Violettcie. Po niecałych trzydziestu minutach podjechała pod dom, w którym mieszkała jej klientka. 
Wysiadła z samochodu. Dostrzegła dwa policyjne radiowozy. Poprawiła torebkę, którą trzymała w ręce. 
W pewnej chwili poczuła wibracje dochodzące z jej białego IPhone'a. Wyjęła go z torebki i odblokowała ekran. Dostrzegła wiadomość od Leóna. 

Mam nadzieję, że podróż przebiegła bezpiecznie. Proszę Cię, daj mi znać.

Brakowało mi Cię dzisiaj rano w łóżku. Dobrze wiesz, że nie musiałaś wstawać aż o siódmej rano, tylko mogłaś sobie dłużej pospać razem ze mną. 

Dziękuję za śniadanie, jak zwykle przepyszne. 

Nie mogę się, aż znowu Cię zobaczę. 
Czekam z niecierpliwością.

x L

            Uśmiechnęła się i odpisała na wiadomość, a następnie schowała telefon i weszła do środka. 
Już przy samym wejściu dostrzegła dwóch funkcjonariuszy. Na widok Violetty uśmiechnęli się delikatnie i wpuścili ją do środka. 
- Witam Panią mecenas. - Powiedział brunet, który podszedł do kobiety. 
- Dzień dobry. - Odpowiedziała z lekkim uśmiechem. Wyjęła z torebki notatnik oraz pióro i swojego IPhone'a. - A więc gdzie macie te ślady krwi? 
- Proszę za mną. - Odpowiedział krótko. 
            Oboje udali się w stronę salonu. Tam po środku pomieszczenia zatrzymali się. Brunet kucnął przy miejscu, w którym była widoczna krew na podłodze. 
- Tutaj jest pierwszy ślad. - Wskazał na miejsce. 
- A pozostałe? - Dopytywała się. 
           Mężczyzna wstał, po czym podszedł do sofy. Tam z tyłu niej również na podłodze były widoczne ślady krwi. 
- I to tyle. - Podsumował krótko. 
            Violetta lekko się skrzywiła na widok krwi. Nigdy w życiu nie miała podobnej sytuacji. Badanie miejsca zbrodni okazało się być dla niej jeszcze gorsze, niż przypuszczała. 
            Wyjęła z torebki swój notatnik i zapisała wszystkie uwagi uważnie. Kiedy skończyła, podszedł do niej jeden z funkcjonariuszy. 
- To jest dowód. - Pokazał jej foliową paczkę, w której znajdował się nóż. - Są na niej odciski palców oskarżonej. - Dopowiedział szybko. Tym sposobem odpowiedział na jej pytanie, które jeszcze Violetta nie zdążyła je zadać. 
- Ktoś z prokuratury tu był? - Spytała zaciekawiona i schowała swoje rzeczy do torebki. 
- Przepraszam za spóźnienie. - Usłyszała nagle znajomy kobiecy głos. 
            Na widok Lary, która właśnie weszła do pokoju, głośno westchnęła. Tylko nie ona. 
- Mecenas Castillo. - Wydusiła po chwili szatynka, a następnie podeszła do niej i funkcjonariusza. 
- Ee yy... Raczej Verdas. - Poprawiła ją Violetta. 
- Nie ważne. - Machnęła ręką. - Więc jednak Pani się nie rozmyśliła? - Violetta przytaknęła lekko głową. - O, jak świetnie. Znowu spotkamy się na sali sądowej. - Po tych słowach wypowiedzianych przez Larę, otworzyła szerzej oczy. 
            Świetnie. Ja kontra fioletowa żmija i 148. Nie dam rady. 



***



Wracam do was po dość długiej przerwie z kolejnym rozdziałem.
Aktualnie nie mam pomysłu na pozostałe pary (wybaczcie, tak już mam xd), więc nie miejcie mi tego za złe. 
Pod ostatnim rozdziałem pojawiły się komentarze, że za mało Leonetty.. Cóż, teraz będzie jej więcej, mam wobec niej plany xD

Proszę was, nie wklejajcie mi fragmentów, podchodzących z waszych rozdziałów. Na prawdę.. Ja wiem, że początki są ciężkie, ale komentarze, w których ponad 80% stanowią zapowiedzi, są trochę wkurzające ...

Rozdziały postaram się teraz dodawać częściej ;)

Czekam na wasze opinie,

xAdusiax


środa, 30 lipca 2014

Rozdział 11: Coś jak tyłki?


Przeczytaj notkę pod rozdziałem ;) 


          Zaczęła szybciej oddychać. Nie wiedziała co robić.
          Spojrzała ponownie na Leóna, który leżał obok niej. Spał. Cieszyła się z tego, że przynajmniej oboje byli w swoich ubraniach, a nie nago. Gdyby była pozbawiona ubrań, miała by obawy przed zajściem w ciąże, czego bardzo by nie chciała.
         Wyciągnęła wolną lewą rękę w jego stronę. Lekko potrząsnęła. Już po chwili Verdas zaczął otwierać oczy.
- No, nareszcie. - Odezwała się.
- Vvioletta? - Spytał zdziwiony. - Co ty tu robisz?
- Pytanie co ty tu robisz. - Verdas się zaśmiał.
- Dlaczego masz welon? - Spytał zdziwiony.
- A ja wiem? Byłam w klubie z dziewczynami, aż tu nagle... Nic nie pamiętam. A teraz leżę ze swoim przyjacielem w łóżku i z welonem na głowie!
- Przypięta do mojego łóżka. - Zauważył.
- Dodatkowo mam męża. - Westchnęła. - Co za wariatka ze mnie! - Uderzyła się wolną ręką w czoło.
- Jakby nie patrzeć, to oprócz ogromnego kaca, mam też obrączkę. - Obydwoje spojrzeli na siebie.
- Wypieprzaj stąd! - Krzyknęła nagle. - Jakim cudem to możliwe, że wzięliśmy ślub, będąc pijani?!
- Nie wiem! - Odkrzyknął.
- Spoko, nie będziemy tego przestrzegać. - Zaczęła zdejmować ze swojego palca obrączkę. - Nie jesteśmy małżeństwem, nie zrobiliśmy tego, zapomnijmy o tej akcji.
- Nie, nie, nie. - Zatrzymał ją. Spojrzała na niego zdziwiona. - Może to coś znaczy?
- León, daj spokój. - Złapała się za bolącą głowę. - Cholera. - Syknęła z bólu. - Nienawidzę tego uczucia po kacu. To jest jakaś masakra!
- Ta. - Mówił podczas trzymania ręki na obolałej głowie. Po paru minutach położył ją ponownie na kaszmirowej pościeli. - Wiesz co... Szkoda, że ta akcja nie wydarzyła się wcześniejsze
- Spieprzaj León, nie jesteśmy małżeństwem. - Syknęła do niego i odwróciła się na drugi bok.
- Jesteśmy i właśnie teraz przeżyjemy swoją noc poślubną. - Przybliżył się do niej.
- Łapy precz ode mnie. Nie jesteśmy małżeństwem, zrozum to. - Odsunęła się jak najdalej mogła.
            Mężczyzna cicho westchnął. Po chwili przybliżył się do Castillo. Wyciągnął prawą rękę i pogłaskał ją po włosach. Violetta czując jego dotyk, przymknęła oczy z rozkoszy.
           Odgarnął jej włosy do tyłu wraz z welonem. Przybliżył się i pocałował ją delikatnie w szyję.
- Co ty robisz? - Spytała zdezorientowana kobieta.
- Spróbujmy. - Szepnął uwodzicielskim głosem. - Może akurat będzie dobrze. Ty i ja. - Chwycił ją za wolną dłoń. - Proszę.
            Violetta odwróciła się w stronę Leóna. Spojrzała mu prosto w jego przepiękne szmaragdowe oczy i zatonęła w nich. Wiedziała, że on ją nie zrani, że będzie mogła na nim polegać bezgranicznie.
             Nawet sama nie zorientowała się, kiedy przytaknęła lekko głową. Na twarzy Verdasa pojawił się lekki uśmiech. Wyciągnął rękę i pogłaskał ją po policzku.
- Masz może klucze? - Spytała z nadzieją. - Boli mnie już ręka od tych kajdanek.
- Zaraz coś może znajdę. - Odpowiedział. Zszedł z łóżka i zaczął szukać pary kluczy. Po chwili odnalazł je. Leżały pod łóżkiem. - Mam. - Pokazał jej. Następnie ponownie usiadł na kaszmirowej pościeli. Przybliżył się do niej i odpiął jej prawą rękę.
- Dziękuję. - Oznajmiła po chwili masowania swojego nadgarstka. Zdjęła z głowy welon i rzuciła go na podłogę. - Musimy ustalić to, jakim cudem oboje wzięliśmy ślub po pijanemu. - Przytaknął.
             Nagle oboje usłyszeli czyjeś krzyki. Spojrzeli na siebie. Wydawał się im znajomy.
- Ludmiła. - Powiedzieli na równi i szybko wybiegli z sypialni Verdasa.
             Wybiegli do ogrodu, gdzie na materacu w basenie leżała blondynka. Miała na sobie różową perukę, co lekko rozbawiło szatyna.
- Co to jest?! - Krzyknęła, jednak po chwili jęknęła z bólu. - Cholerny kac. - Dodała ciszej.
            Violetta podeszła do niej i podała jej ręką, którą Ludmiła chwyciła. Wstała z materacu i rzuciła na kafelki różową perukę.
- Co to ma być? - Spytała ciszej. - Co ja tu robię? Co ty tu robisz?
- Sama chciałabym wiedzieć. - Odparła załamana.
- Co robiłyśmy wczoraj do jasnej cholery? Dlaczego tu jest taki syf? - Wskazała na puste butelki po piwie, które walały się po kafelkach.
- Dobra, dobra. - Poprawiła swoją bransoletkę nerwowo. - Musimy ustalić co robiłyśmy wczoraj i jakim cudem znalazłyśmy się w domu twojego brata. - Spojrzała kątem oka na niego. - León sprawdź, czy nie ma to jakiś innych osób. - Szatyn przytaknął i opuścił ogród.
            Szatynka załamana cicho westchnęła. Ta cała sytuacja zaczynała ją coraz bardziej niepokoić. Jak to możliwe, że podczas jednej nocy wydarzyło się coś takiego?
- Trzeba zadzwonić do Cami. - Oznajmiła po chwili. - To ona, jako jedyna z nas nie piła alkoholu. - Blondynka przytaknęła lekko. - No dobra, może herbatkę ziołową Fran, ale to chyba nic ta... - Spojrzały na siebie.
- O nie. - Skomentowała blondynka. - Cami zawsze ma coś z głową po tym świństwie.
- Cholera. Jedyna z nas, która miała być trzeźwa i być naszym kierowcą, dostała świra, przez jakąś herbatkę homeopatyczną.
- Cholerne ziółka. - Syknęła Ludmiła. Obie przez dłuższą chwilę stały w miejscu i patrzyły na bałagan, który był dookoła nich.
- Co ja mam do jasnej cholery na głowie? - Usłyszały głos Camili, którą przyprowadził na taras Verdas. Violetta oraz Verdas spojrzały na nią surowym wzrokiem. - Kto mógł mi to zrobić? I dlaczego ja na to pozwoliłam? - Dodała rudowłosa kobieta i wskazała na swoje siwe pasemka.
- Starzejesz się. - Zażartował Verdas. Szatynka uderzyła go lekko w ramię. - Taki tam żarcik.
- Cała noc jest zamazana! - Machnęła rękami Camila.
- Ale ty nawet nie piłaś. - Podniosła lekko głos Violetta.
- Przecież wiem. Podejrzewałam, że ta herbata, którą sączyłam była bardziej niż uspokajająca. Muszę się chyba umówić na wizytę do fryzjerki. - Mówiła podczas spoglądania na swoje włosy.
- Nie, nie, nie, Camila. - Odpowiedziała poważnym głosem szatynka. - Zajmiesz się swoimi siwymi pasmami potem. Mamy tu nagły wypadek. Wzięłam ślub po pijanemu z Leónem. - Wskazała na szatyna.
- Okej, okej. - Starała się ją uspokoić przyjaciółka. - Dowiemy się, czy faktycznie wzięłaś ślub i jak do tego doszło.
- A więc. - Szatynka westchnęła. - Sprawdziłam już swojego Facebook'a. Liczyłam, że tam coś może znajdę, a tu nic. Totala pustka. - Chwyciła przyjaciółkę za ręce. - Więc proszę Cię... Powiedz, że chociaż coś pamiętasz.
- Okej. - Zawiesiła głos. Zaczęła sobie wszystko przypominać z wczorajszej szalonej nocy. - Byłyśmy w Offshore, piłyście jakieś shoty... - Ponownie zawiesiła głos. - O i poszłyśmy do klubu ze striptizem!
- Super, którego. - Mówiła lekko ucieszona Violetta.
- Emm.. Mało w nazwie.. Coś jak tyłki? - Palnęła. Violetta i Ludmiła spojrzały na siebie zdezorientowane. - Albo.. Uda?
- Ham hocks? - Spytała zdziwiona Ludmiła. - Chyba jak coś pośladki.
- Tak, pośladki! - Krzyknęła uradowana. Wszyscy pozostali oprócz niej skrzywili się z bólu. - Sorry... To było nie chcący.
- Okej. - Odpowiedziała po chwili blondynka. - Ogarnijcie, gdzie jest Francesca, ja pojadę z Leónem na miejsce zdarzenia i przebadamy sprawę.



~*~



          Oboje weszli do środka klubu, w którym wczoraj byli. Zaczęli się dokładnie rozglądać po pomieszczeniu i przypominać cokolwiek, co mogło by im pomóc w odkryciu prawdy. 
           Kiedy Violetta dostrzegła za barem znajomego mężczyznę, podeszła do niego. Miała nadzieję, że chociaż on coś powie na temat tego, co wydarzyło się wczorajszej szalonej nocy. 
- Przepraszam.. - Zaczęła mówić lekko ochrypniętym głosem. Blondyn spojrzał na nią. - Byłam tutaj wczoraj ze swoimi przyjaciółkami i nie pamiętam, co się wydarzyło. 
- Za to ja tak. - Odłożył szklany kufel od piwa na bok. - Myślałem, że już stąd nie wyjdziesz. - Odpowiedział. Szatynka spojrzała na Verdasa. 
- Mógłby nam Pan pomóc? - Spytał szatyn. Mężczyzna przytaknął i ponownie spojrzał na Castillo. 
- Myślałem, że stąd nie wyjdziesz. - Odparł. - Chociaż przyznam, że oglądanie Cię w bieliźnie było dość interesujące. 
            Szatynka otworzyła oczy szeroko. Co ja do jasnej cholery robiłam tutaj wczoraj? To pytanie cały czas krążyło jej po głowie. Niestety, póki co nie znała na nie odpowiedzi. 
- Mógłby Pan opowiedzieć wszystko od początku? - Spytała z nadzieją. Blondyn cicho westchnął i przytaknął. 
- A więc siedziałaś tam. - Wskazał na odpowiedni stolik. - Wraz ze swoimi przyjaciółkami. Nie powiem, każda z wasz wyglądała olśniewająco i to nawet bardzo, ale to chyba nie jest teraz aż tak bardzo istotne. - Na chwilkę zatrzymał oddech. - Jedna z was nie piła alkoholu. - Violetta przytaknęła. 
- Tak, jedna z nas nie piła. - Potwierdziła. - Co dalej? 
- Zaczęłyście zamawiać prawie cały czas wódkę. Po kilku kolejkach, byłyście już pijane. I właśnie ty. - Wskazał na Castillo. - Weszłaś na tamtą scenę i zaczęłaś tańczyć razem ze striptizerami. - Verdas cicho się zaśmiał, przez co szatynka uderzyła go w ramię. - Nie mogłaś się od nich odkleić. Chciałaś, aby jeden z nich się z Tobą ożenił nawet. 
- Sssłucham? 
- Potem zaczęłaś ściągać z siebie turkusową sukienkę. - Kontynuował. - I takim sposobem zaczęłaś tańczyć. 
- To wszystko? - Spytała dla pewności szatynka. 
- Chciałbym, ale niestety nie. - Zaczęła szybciej oddychać. - Przyciągnęłaś tym tańcem skupienie wszystkich osobników płci męskiej, w tym również Ciebie. - Wskazał na Verdasa. Szatyn otworzył szerzej oczy. - To właśnie ty wszedłeś na scenę jako pierwszy. Oboje zaczęliście tańczyć i nawet obmacywać się. - Violetta i León głośno przełknęli ślinę. Spojrzeli na siebie, a następnie ponownie skierowali wzrok na blondyna. - Po jakiś trzydziestu minutach opuściliście klub. Co się z wami dalej stało, to nie mam pojęcia. 
- O mój Boże. - Złapała się za głowę Violetta. 
- Tam są zdjęcia. - Wskazał na tablicę korkową, do której od razu podeszła kobieta wraz z Leónem. - Robił je mój kolega, Roberto. Zaciekawiłaś go swoją urodą, więc postanowić zrobić Ci zdjęcia i powiesić tu na tablicy korkowej. 
- Dziękujemy. - Odpowiedziała i zaczęła z wielką uwagą oglądać zdjęcia. 
           Właściciel klubu miał racje. Prawie na każdym zdjęciu była pijana Violetta, która tańczyła początkowo z Verdasem. Stopniowo zaczęło się to przeradzać w co innego. Coś, co niepokoiło ją coraz bardziej. 
- No to daliśmy czadu. - Szepnął Verdas. Spojrzała na niego. - Wiem, co myślisz o tych zdjęciach, dlatego mam pomysł. Ja pójdę go zagadać, a ty weźmiesz i schowasz te najgorsze zdjęcia. - Lekko przytaknęła.
- Nie możesz tego spieprzyć, Verdas. - Powiedziała do niego. León pocałował ją w policzek i odszedł.



~*~



  - Dobra, a więc odkąd oboje wyszliśmy z lokalu, dalej już nie ma śladu. - Powiedziała. Szatyn przytaknął. 
- Tak. Dobrze, że ten gościu choć coś tam powiedział. Gdyby nie on, oboje byśmy nic nie wiedzieli. - Spojrzała na niego. 
- León, bo my prawie nic nie wiemy. Musimy ustalić to, jakim cudem oboje wzięliśmy ślub wczoraj, tylko pytanie jak. - Zapanowała cisza. 
              Zaczęli się rozglądać po okolicy. Violetta miała cichą nadzieję, że w jej głowie pojawi się dość krótkie wspomnienie, ale niestety.. Panowała pustka. 
- O, dzień dobry. - Usłyszała po prawej stronie jakiś stary ochrypnięty głos. 
             Na chodniku dostrzegła starszego bezdomnego  mężczyznę, od którego było czuć alkohol. Lekko się skrzywiła. Tak samo zrobił również León. Objął szatynkę w talii, co dodało jej bezpieczeństwa. 
- Ddzień dobry. - Odpowiedziała. - My się znamy? - Spytała grzecznie. 
             Mężczyzna odstawił na bok butelkę po piwie. Wstał i podszedł do niej, na co Violetta oraz León bardziej się skrzywili. 
- Za dwadzieścia peso powiem Pani, co tutaj się wczoraj wydarzyło. - Oświadczył. Kobieta spojrzała na Verdasa, który zrobił to samo. Wiedzieli, że jakoś muszą dowiedzieć się prawdy. Czyżby pijany człowiek był ich kluczem do sukcesu? 
- A skąd mamy mieć pewność, że powie Pan prawdę? - Zadał pytanie Verdas. 
- Choćby dlatego, że śledziłem was? - Odpowiedział pytaniem. - Mógłbym co nieco opowiedzieć. 
            Szatynka spojrzała na Leóna, który nic nie odpowiedział. 
- León. - Powiedziała ciszej. - Może nam coś powie. - Próbowała go zachęcić. 
- No dobra. - Odparł po chwili. Wyjął z kieszeni wcześniej ustaloną kwotę i podał ją starszemu mężczyźnie, który uśmiechnął się szeroko, pokazując dokładnie swoje krzywe zęby. 
- Świetnie. Starczy mi na tydzień. - Oznajmił uradowany i schował pieniądze do kieszeni. 
- Niech Pan powie wszystko co pamięta. To nam bardzo pomoże. 
- Już, już dziecko. - Odpowiedział i przełknął głośno ślinę. Szatynka chwyciła za rękę Leóna, który uśmiechnął się delikatnie do niej. - A więc oboje wyszliście z tamtego klubu. - Wskazał na lokal ze striptizem, z którego wcześniej wyszli. - Zaciekawiłaś mnie - spojrzał na Violettę, szatynka lekko się skrzywiła - więc dlatego postanowiłem pójść za Tobą. - Verdas odchrząknął. - Przepraszam, za wami. - Poprawił się. - Oboje mówiliście coś na temat jakiegoś ślubu i nocy poślubnej. 
- To wszystko co Pan pamięta? - Przerwała mu szatynka. 
- Nie. Potem poszliście do najbliższego kościoła. Był tam jeszcze jakiś Diego, który na was czekał przed budynkiem i powiedział, że wszystko jest już załatwione i ksiądz jest gotowy. - Westchnął głośno. - To wszystko. Nie wchodziłem do środka, także to wszystko, co mogłem wam opowiedzieć. 




~*~



           Violetta siedziała w swoim gabinecie i przeglądała czasopismo. W pewnej chwili jej uwagę przykuła obrączka. Uśmiechnęła się na jej widok. Nie żałowała tego, co miało miejsce tydzień temu. Cieszyła się, że ona i León są razem. Było im wspaniale, o wiele lepiej niż z Heredią przez ponad cztery lata związku. 
            Kiedy usłyszała pukanie do drzwi, odłożyła gazetę na bok. Poprawiła spódnicę oraz fryzurę. 
- Proszę. - Oznajmiła lekko ochrypniętym głosem. 
            Na widok Verdasa, uśmiechnęła się i wstała z fotelu. Podeszła do niego. 
- Jak tam, Pani mecenas? - Spytał z uwodzicielskim uśmiechem, który kochała Violetta. Zawsze wtedy odpływała daleko. 
- Dddobrze. - Jej język zaczął się plątać, co rozbawiło mężczyznę. Lekko przygryzła swoją dolną wargę. 
            Ogarnij się Violetta, ogarnij. Tak sobie powtarzała w głowie. Kiedy powróciła na Ziemię, pogłaskała go po policzku. 
- Co Cię do mnie sprowadza? - Spytała po chwili. Verdas pocałował ją w policzek, na co bardziej zarumieniła się szatynka. 
- A tak po prostu chciałem zobaczyć, co tam u Ciebie. - Wyjaśnił. Chwycił ją za ręce. - Tęskniłem. - Wyznał po chwili. 
             Szatynka ponownie odpłynęła. Jednak nie trwało to aż tak długo, ponieważ magiczną chwilę przerwał im Andreas, który właśnie wszedł do gabinetu Violetty. Oboje oderwali się od siebie i spojrzeli na bruneta. 
- Coś się stało? - Spytała pierwsza. 
- Masz klienta. - Odpowiedział krótko. - I to dość poważnego. 
- Ta, ten twój aplikant mnie nadal wkurza. - Powiedział cicho Verdas i opuścił gabinet Violetty. Kobieta spojrzała na bruneta, który głośno przełknął ślinę. 
- Co jest? - Zaczęła się denerwować. 
- Sama zaraz zobaczysz. - Oznajmił i wyszedł z gabinetu. 
             Po paru sekundach drzwi otworzyła kobieta w podeszłym wieku. Oprócz eleganckiego ubioru, miała na sobie czarne okulary przeciwsłoneczne, które zakrywały jej oczy. Po chwili wyciągnęła prawą rękę i zdjęła je. Tym sposobem ujawniła swoją tożsamość. Szatynka otworzyła szerzej oczy z wrażenia. 
- Andrea Del Boca*. - Powiedziała cicho do siebie Castillo na widok kobiety. 



~*~
* Andrea Del Boca - Argentyńska aktorka filmowa



Przychodzę do was z długo wyczekiwanym rozdziałem 11. 
Na samym początku chciałam przeprosić, że dopiero dzisiaj go dodaję, ale tak jak wspomniałam w notce pod ostatnim rozdziałem, byłam nad morzem i nie miałam kiedy zająć się 11. 
W piątek wyjeżdżam znowu, co oznacza, że rozdziały będą się pojawiać rzadziej, albo wcale.. To zależy od tego, czy znajdę czas, czy też nie. 

Proszę was, nie spamujcie mi swoimi blogami.. Postanowiłam, że takie komentarze będę usuwać. Okej, rozumiem, że każdy ma trudne początki z blogowaniem, ale sorry. Mój blog, to nie jest odpowiednie miejsce do tego, na prawdę. 
Jeżeli chcesz już się u mnie zareklamować, bo musisz, to napisz coś na temat rozdziału, a nie od razu na temat swojego bloga...

Przejdę teraz do rozdziału. 
Mam nadzieję, że się wam on spodoba. Starałam się, aby wyszedł dobry i mam nadzieję, że taki jest. Jak widzicie, trochę się działo xD
W następnym rozdziale postaram się dodać pozostałe pary. 

To tyle, nie rozpisuję się dzisiaj. 


Czekam na wasze opinie,

xAdusiax


ARCHIWUM

Obserwatorzy